Polska wydaje się krajem, w którym wody nie brakuje — mamy Wisłę, Odrę, tysiące jezior, deszczowe wiosny. To złudzenie. Licząc na jednego mieszkańca, należymy do najuboższych w wodę państw Unii Europejskiej, gdzieś w okolicach Czech i Malty, daleko za europejską średnią. A do tego mało oszczędnie gospodarujemy tym, co mamy: osuszamy podmokłe łąki, prostujemy strumienie, zalewamy miasta betonem, który każdą ulewę wysyła prosto do kanalizacji, zamiast wpuścić ją w ziemię. Susza i powódź wynikają w Polsce z tej samej złej gospodarki wodą — raz brakuje wody, bo za szybko ją odprowadzono, raz jest jej naraz za dużo, bo nie ma gdzie wsiąknąć.
Kraj, który myśli, że ma wody pod dostatkiem
Zasoby wody najłatwiej porównać w przeliczeniu na mieszkańca. Odnawialne zasoby wód słodkich w Polsce to około 1,6 tys. m³ na mieszkańca rocznie — mniej więcej trzykrotnie poniżej średniej unijnej, która oscyluje wokół 5 tys. m³. Dane Eurostatu o zasobach słodkiej wody i sprawozdawczość GUS w rocznikach ochrony środowiska od lat pokazują to samo: pod względem wody na głowę jesteśmy w europejskim ogonie, a w latach suchych schodzimy jeszcze niżej.
Ta arytmetyka przestaje być abstrakcją, kiedy przychodzi susza. A przychodzi już niemal co roku. System Monitoringu Suszy Rolniczej prowadzony przez IUNG na zlecenie Ministerstwa Rolnictwa w suchych sezonach notuje niedobór wody w glebie na znacznej części kraju, obejmujący większość gmin i wiele upraw naraz. Niedostatek wilgoci w glebie uderza najpierw w rolników — w plony zbóż, rzepaku, warzyw — a dopiero potem w przemysł, energetykę i zwykłe gospodarstwa domowe, którym latem gminy każą oszczędzać wodę. Jak ujmuje to stanowisko Razem w sprawie suszy z 2020 roku: „w pierwszej kolejności niedostatek wilgoci w glebie uderza w rolników, następnie ograniczona dostępność wody dotyka przemysł i energetykę".
Osuszaliśmy przez dekady, teraz płacimy
Skąd ta wrażliwość na suszę w kraju, który przecież nie leży na pustyni? W dużej mierze zbudowaliśmy ją sami. Przez dziesięciolecia w imię „porządku" i zwiększenia areału melioracja w Polsce oznaczała niemal wyłącznie odwadnianie: rowy, które jak najszybciej odprowadzały wodę z pól, prostowane koryta rzek, osuszane bagna i torfowiska. Efekt jest taki, że gdy spada deszcz — a coraz częściej spada w postaci gwałtownej ulewy, a nie łagodnego wielodniowego opadu — woda spływa błyskawicznie, zabiera glebę i wywołuje lokalną powódź, zamiast wsiąknąć i zostać na czas suszy.
Miasta pogłębiają ten sam mechanizm, tylko z betonu. Im więcej szczelnej nawierzchni — parkingów, placów, zabudowanych podwórek — tym mniej wody wsiąka w grunt i tym mocniej rozgrzewa się miasto w czasie upału. Zabetonowana powierzchnia nie oddycha: ulewa zamienia się w podtopienie, bo kanalizacja nie nadąża, a w bezdeszczowe tygodnie brakuje zieleni, która chłodziłaby ulice. To właśnie tę logikę opisuje publicystyczne pojęcie „miasta-gąbki" — miasta, które chłonie deszcz zielenią, przepuszczalnymi nawierzchniami i ogrodami deszczowymi, zamiast spychać go rurą do rzeki.
Alternatywa nie jest wymysłem — jest tańsza i skuteczniejsza od betonu. Odtworzone mokradła i torfowiska zatrzymują wodę z niezwykłą wydajnością, a przy okazji przestają emitować gazy cieplarniane, które osuszony torf uwalnia. Meandrujące, renaturyzowane rzeki i doliny zalewowe spowalniają odpływ i uzupełniają wody podziemne. To rozproszona, naturalna retencja, która działa w skali całego kraju — w przeciwieństwie do wielkich betonowych zbiorników zaporowych, które kosztują miliardy, a bilansu wodnego Polski nie poprawiają. Ten spór — beton kontra żywa rzeka — rozbieramy szczegółowo przy okazji reformy Wód Polskich.
Co proponuje Razem
Razem traktuje wodę jak wspólne dobro i bezpieczeństwo państwa, nie jak przeszkodę do usunięcia z pola czy z placu budowy. W Deklaracji programowej 2025, w rozdziale o przyrodzie, partia zapowiada:
Wdrożymy kompleksowe programy adaptacyjne obejmujące przystosowanie do suszy w rolnictwie, zwiększenie naturalnej retencji, odtworzenie mokradeł oraz przywrócenie ciągłości ekologicznej rzek. Przygotujemy miasta na fale upałów, susze, ulewy i powodzie.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. 11 „Przyroda — dziedzictwo, nie zasób”, pkt 8, partiarazem.pl
W praktyce oznacza to kilka konkretów:
- Przystosowanie rolnictwa do suszy — wsparcie dla gospodarstw w zatrzymywaniu wody na miejscu (zastawki na rowach, oczka, zadrzewienia śródpolne) zamiast jak najszybszego odwadniania pól.
- Zwiększenie naturalnej retencji w skali kraju — spowalnianie odpływu i zatrzymywanie wody opadowej tam, gdzie spada, a nie spychanie jej rurami do rzek i dalej do morza.
- Odtworzenie mokradeł i koniec osuszania — renaturyzacja torfowisk i terenów podmokłych, które magazynują wodę i zarazem wiążą węgiel; wstrzymanie nowych projektów odwadniających, o co Razem upomina się od stanowiska w sprawie suszy z 2020 roku.
- Przywrócenie ciągłości ekologicznej rzek — rozbieranie zbędnych piętrzeń i renaturyzacja koryt zamiast dalszego betonowania.
- Miasta gotowe na upały i ulewy — zielona retencja, przepuszczalne nawierzchnie i zieleń, które chłoną deszcz i chłodzą ulice, zamiast dalszej betonozy.
Ostatni z tych punktów rozgrywa się w praktyce nie w resorcie środowiska, lecz w planach miejscowych i decyzjach o zabudowie. To, czy osiedle wchłania deszcz, czy wysyła go prosto do kanalizacji, zależy od ładu przestrzennego — o którym siostrzany serwis pisze przy okazji tego, jak budować osiedla, a nie sypialnie. Woda i mieszkania to w miastach ten sam problem widziany z dwóch stron. Całość propozycji dla środowiska znajdziesz w programie Razem.
Źródła i dalsza lektura
- Deklaracja programowa Razem 2025 — rozdz. 11 „Przyroda — dziedzictwo, nie zasób" (partiarazem.pl/program)
- Partia Razem — stanowisko w sprawie suszy (2020)
- Eurostat — Renewable freshwater resources (env_wat_res)
- GUS — Ochrona środowiska (roczniki statystyczne)
- System Monitoringu Suszy Rolniczej (IUNG-PIB dla MRiRW)
- IMGW-PIB — serwis hydrologiczny i monitoring suszy
