Smród z fermy i bezradne państwo: po co ustawa o ochronie przed odorami

Kto mieszka pod wielką chlewnią albo obok zakładu utylizacji, ten wie, że fetor potrafi rządzić całym dniem — a państwo rozkłada ręce, bo w polskim prawie smród nie istnieje jako wielkość, którą da się zmierzyć i przekroczyć. Razem chce ustawy o ochronie przed odorami: dopuszczalnych poziomów emisji odorantów, standardów pomiaru i twardych obowiązków dla zakładów.

Bydło stłoczone na wielkiej tuczarni pod gołym niebem — intensywny chów zwierząt, jedno z głównych źródeł uciążliwości zapachowej

Kto mieszka pod wielką chlewnią, obok tuczarni bydła albo w cieniu zakładu utylizacji, ten wie, że zapach potrafi rządzić całym dniem. W ciepły weekend nie da się otworzyć okna, wywiesić prania, posiedzieć z dziećmi w ogrodzie — bo znad sąsiedniej fermy nadciąga fala fetoru tak gęsta, że aż szczypie w gardle. A kiedy taki mieszkaniec dzwoni na inspekcję ochrony środowiska, najczęściej słyszy, że formalnie wszystko jest w porządku — nie z powodu złej woli urzędnika, lecz dlatego, że w polskim prawie smród nie istnieje jako wielkość, którą można zmierzyć, znormować i przekroczyć. Razem chce to zmienić — wprowadzić ustawę o ochronie przed odorami, która wyznaczy dopuszczalne poziomy emisji odorantów i nałoży na zakłady obowiązek ich ograniczania.

Prawo, w którym smród nie istnieje

Najważniejsze jest to, czego w polskim prawie nie ma: nie obowiązuje żadna ustawa antyodorowa. Prawo nie zna norm stężenia substancji zapachowych ani jednolitej procedury ich pomiaru, więc nie istnieje próg, po którego przekroczeniu inspektor mógłby formalnie nakazać zakładowi ograniczenie emisji. Potwierdza to Ministerstwo Klimatu i Środowiska, przyznając, że dziś jedynymi narzędziami pozostają pozwolenia środowiskowe i miejscowe plany zagospodarowania — czyli papiery, które o samym zapachu milczą (portalkomunalny.pl / MKiŚ).

Nie znaczy to, że problemu nie widać w statystykach. Sama Inspekcja Ochrony Środowiska podaje, że w 2016 roku jej organy rozpatrzyły ponad tysiąc skarg dotyczących uciążliwości zapachowej — na ponad 1900 spraw z zakresu ochrony powietrza odory stanowiły wtedy 65,9 procent zgłoszeń. Najczęściej chodziło o oczyszczalnie ścieków, komunalne osady wywożone na pola, składowiska odpadów i właśnie fermy zwierząt. Za każdą z tych skarg stoi ktoś, kto zadzwonił lub napisał do inspekcji z prośbą o interwencję i usłyszał, że przepisy nie dają podstaw, by cokolwiek zrobić. W Aleksandrowie Kujawskim, gdzie mieszkańcy od miesięcy dokumentują smród z zakładu recyklingu biologicznego, skargi doczekały się osobnego urzędowego repozytorium — z zawiadomieniem WIOŚ o niezałatwieniu sprawy w terminie włącznie. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska polecił skontrolowanie zakładu, gdy wpłynęły poselskie pytania o kontrole w tej sprawie; przyznał zarazem, że dopuszczalnych poziomów odorów po prostu nie ma: inspekcja może zmierzyć pyły, amoniak i siarkowodór oraz opisać zapach w protokole, ale nie ma progu, którego przekroczenie dałoby się komukolwiek zarzucić.

Liczby skarg to obraz zgłoszeń, a nie pełna miara problemu: część mieszkańców w ogóle przestaje pisać, gdy raz usłyszy, że „nie ma podstaw do działania". Liczby skarg należy więc traktować jako dolną granicę skali zjawiska, a nie jego pełną miarę.

Państwo próbowało załatać tę dziurę miękko. W 2016 roku resort środowiska wypracował „Kodeks przeciwdziałania uciążliwości zapachowej" — zbiór dobrych praktyk bez mocy ustawy, czyli zalecenia, których nikt nie musi słuchać. Od tego czasu kolejne ekipy zapowiadały prawdziwe przepisy i kolejne odkładały je na później.

Najdotkliwiej pod fermami

Najlepiej widać to na przykładzie ferm. Od 2021 roku ciągnął się projekt ustawy o minimalnej odległości wielkich hodowli od domów — mowa była o 500 metrach — i utknął, nie doczekawszy się uchwalenia w poprzedniej kadencji Sejmu. Tymczasem chów w Polsce się koncentruje: według rejestru IRZ prowadzonego przez ARiMR, według stanu na 31 grudnia 2024 roku, pogłowie świń sięgało ok. 9,2 mln sztuk trzymanych w niespełna 48 tysiącach stad, przy czym najwięcej zwierząt skupia kilka województw z Wielkopolską na czele. Za tą statystyką kryje się prosty fakt terenowy — coraz więcej zwierząt trzyma coraz mniej, coraz większych gospodarstw, a każde z nich to punktowe, potężne źródło zapachu tuż obok czyjegoś płotu.

Bezradność mieszkańca, którego dom sąsiaduje z taką inwestycją, jest w tym układzie ściśle prawna: nie ma czym się bronić. Do sądu nie pójdzie z pomiarem, bo nie istnieje norma, którą pomiar miałby weryfikować, a inspektor nie pomoże, bo nie ma przepisu, na który mógłby się powołać. Zostaje mu wywietrzanie mieszkania o świcie i nadzieja, że wiatr powieje w drugą stronę. Uciążliwość zapachowa zabija mniej spektakularnie niż pył zawieszony, za to systematycznie odbiera ludziom sen i apetyt, a życie w przewlekłym fetorze, na który nie ma żadnej procedury, podkopuje poczucie bezpieczeństwa we własnym domu.

Jak to powinno wyglądać

Ustawa o ochronie przed odorami nie jest wynalazkiem znad Wisły — działa w kilku krajach Europy i sprowadza się do kilku prostych filarów. Po pierwsze, wyznacza dopuszczalne stężenia odorantów, czyli mówi wprost, ile zapachu wolno wypuścić. Po drugie, ustala jednolity sposób pomiaru i oceny — od olfaktometrii, w której wyszkoleni oceniający wąchają rozcieńczane próbki, po modelowanie rozprzestrzeniania się woni. Po trzecie, nakłada na przedsiębiorstwa obowiązki: instalowanie biofiltrów, zamykanie zbiorników z gnojowicą, prowadzenie ewidencji, a przy nowych inwestycjach — zachowanie minimalnych odległości od zabudowań. Dopiero taki zestaw daje mieszkańcowi i urzędnikowi wspólny język: liczbę, którą można porównać z progiem.

Sam rząd zresztą przyznaje, że kierunek jest nieunikniony. MKiŚ zapowiada projekt ustawy o przeciwdziałaniu uciążliwości zapachowej, obejmujący nie tylko rolnictwo, lecz także przemysł i sektor komunalny, z docelowym procesem legislacyjnym rozpisanym na kolejne lata (teraz-srodowisko.pl). Rzecz w tym, że takie zapowiedzi padają od dekady, a mieszkańcy sąsiadujący z fermami odczuwają fetor już teraz.

Co proponuje Razem

W Deklaracji programowej 2025, w rozdziale o przyrodzie, Razem stawia sprawę bez owijania:

Wprowadzimy ustawę o ochronie przed odorami. Określimy dopuszczalne poziomy emisji odorantów, standardy pomiaru i oceny zapachów oraz obowiązki przedsiębiorstw w zakresie ograniczania negatywnego oddziaływania na otoczenie.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Przyroda — dziedzictwo, nie zasób”, pkt 10, partiarazem.pl

W praktyce składa się na to kilka spójnych kroków:

  • Dopuszczalne poziomy odorantów i jednolity pomiar — twarda norma zamiast miękkiego kodeksu, żeby skarga mieszkańca miała wreszcie oparcie w liczbie, a nie tylko w słowie „śmierdzi".
  • Obowiązki po stronie zakładów — to emitujący fetor ma go ograniczać i mieścić się w normie, a nie sąsiad ma udowadniać, że mu przeszkadza.
  • Realna kontrola i interwencja — Razem zapowiada w tym samym rozdziale (pkt 4) wpisanie do przepisów przesłanek do obowiązkowej kontroli i interwencji organów ochrony środowiska przy ewidentnych emisjach, tak by inspekcja miała nie tylko prawo, ale i obowiązek zadziałać.
  • Fermy jako główne źródło fetoru — to wielkoprzemysłowe hodowle najczęściej zatruwają życie sąsiadom, a ustawa o odorach z dopuszczalnymi stężeniami i standardami pomiaru daje mieszkańcom narzędzie, którego dziś nie mają.

Zapach jest częścią jakości powietrza, a ta jest częścią zdrowia — dlatego ustawa o odorach należy do tej samej rodziny narzędzi co kontrola emisji i czyste powietrze. Ma też wymiar, o którym rzadko się mówi wprost: życie w przewlekłym smrodzie, z którym nic nie można zrobić, to codzienny stres i poczucie osaczenia — a o tym, że zdrowie psychiczne również jest sprawą publiczną, pisze siostrzany serwis: Zdrowie psychiczne bez kolejki i karty kredytowej.

Źródła i dalsza lektura